Tak, wiem, że temat autoagresji był już wiele razy poruszany, ale nie mam komu o tym opowiedzieć, a muszę się komuś wyżalić, wykrzyczeć. Fakt, mam swojego bloga, ale co to jest? Nic, w porównaniu z tym, co jest tutaj.
Nie liczę na to, że ktoś będzie pochwalał to, co robię, ale też nie liczę na to, że każdy, kto przeczyta ten artykuł, zgnębi mnie i tyle. Nie powiem, ile mam lat, bo to nie jest wcale ważne... Ale trochę już przeszłam.
Wszystko zaczęło się od moich urodzin, taki piękny dzień... Zaprosiłam parę koleżanek do restauracji. W tym jedną, z którą miałam spotkać się wtedy pierwszy raz. Od zawsze lubiłam szalone życie, wypady, alkohol. Ale nigdy jakoś nie miałam odwagi, żeby się napić czy zrobić coś, o czym zaraz napiszę. Jakoś doszło do tego, że koleżanka coś mi podawała i zobaczyłam jej ręce... Nie było to higieniczne, ale jakoś mnie to zainspirowało, nie wiem dlaczego... Może tak miało być ?
Zawsze byłam dobra w nauce. Pomimo tego, że się nie uczyłam, zawsze dostawałam same piątki. Co roku świadectwo z paskiem lub wyróżnieniem. Nagrody w różnych konkursach. Ale ta ostatnia klasa podstawówki już taka nie była, niska średnia, złe zachowanie... Wiadomo, co było w domu, same krzyki: „czemu się nie uczysz!?”, „cały czas siedziałabyś tylko przed komputerem!”. Tak, bo im się wydawało, że wszystko w moim życiu jest takie proste.
Wtedy też sięgnęłam po... nie, nie po żyletkę... Po rozbite lusterko na lekcji języka polskiego. Niby nic, zrobiłam dwie kreski i na tym się skończyło. Ale jak już się wszystko zaczęło psuć, sięgnęłam po nóż i pojawiło się trochę więcej kresek...
Na jakiś czas ta autoagresja (jeśli to można tak nazwać) ustała. Długo się nie cięłam, teraz niestety to powróciło znowu. Sięgam po nóż i nagle opuszczają mnie wszystkie bóle psychiczne. Wiem, nie umiem z tym skończyć. Chciałam się również zabić, ale jestem na tyle głupia, że nawet na to nie miałam odwagi, nikomu o tym nie mówiłam... oprócz Michała. Jedyny przyjaciel, który niestety mieszka tak daleko ode mnie... Ale on jest starszy, ma 18 lat, też już wie trochę o życiu. Wybił mi samobójstwo z głowy. Jednak to powróciło, znowu przez oceny... Ale teraz jeszcze doszedł chłopak... Niezrozumienia rodziców. Wszystko we mnie krzyczy, potrafię się skręcać z bólu, jak nie mam przy sobie czegoś ostrego. Tak, wiem, że robię źle... Ale nie umiem sobie pomóc. Bo w końcu jak?
Rodzice zostali wezwani do szkoły i pani pedagog z nimi porozmawiała. Powiedziała, że spędzam czas w niewłaściwych miejscach i w niewłaściwym towarzystwie (stacja, osoby mające już na karku rozprawy sądowe), ale powiedziała im też, że po prostu nie umiem radzić sobie z problemami, że zamknęłam się w sobie. Przecież ja to wiem. Ale wracając do sprawy, na jakiś czas był spokój. Rodzice mili, ale znowu to wszystko zeszło na marne. Całe dnie spędzają na budowie... A ja siedzę, marzę i myślę nad wieloma sprawami. Nie mam z kim o nich porozmawiać. Nawet, gdybym z rodzicami próbowała, to z nimi się nie da na spokojnie. Nigdy, po prostu nigdy z nimi nie umiałam porozmawiać. Zastanawiam się, czy im powiedzieć o tym, co robię. Ale boję się. Boję się, jak na to zareagują? Wkurzą się, czy będą próbować mi pomóc? Zrozumieją wiele spraw i to, jak czasem bardzo cierpię? A co, jeśli dowiedzą się znajomi? Zniknie już dziewczyna zawsze wesoła, szalona, twarda. Wiele osób powtarza mi, że też by chcieli być takimi twardymi jak ja... Nie mieć nigdy doła, jednakże nikt nie wie, że ja tam gdzieś głęboko w środku cierpię...
Dobrze, koniec tej przemowy. Jeśli ten artykuł zostanie zaakceptowany, to dziękuję za przeczytanie. I odradzam wszystkim, a w szczególności tym osobom, które samo okaleczają się „dla szpanu”, żeby tego nie robiły, bo to się przeradza w uzależnienie. Nawet nie wie się, kiedy się popada w nałóg. Ja nie próbowałam tego robić, żeby wzbudzić litość, wręcz to ukrywałam...
Na razie! ;)
|