Najpierw uzależniłam się od kawy, potem od seksu, później od marihuany.
Nie jestem ćpunem, ale mogłabym być. W szkole podstawowej z ziomkiem założyliśmy dwuosobową kampanię antynarkotykową, wyrażającą nasz jednoznaczny i wieczny sprzeciw. Teraz...? Mogę wpisać w swoje CV, że brałam dragi, nie raz, nie dwa...
Tak na marginesie: wiadomo, że każdy, kto pali trawkę powie, że to nie narkotyk. Też tak mówiłam.
Kumpel kiedyś zapytał, jak można słuchać hip-hopu i nie jarać zielska. Uśmiechnęłam się tylko i wzruszyłam ramionami, a w myślach stwierdziłam, że chyba go p******o wyskakiwać z takim stwierdzeniem. Gardziłam ćpunami: przez pół roku byłam z narkomanem, od jakiegoś czasu obracałam się w ferajnie hip-hopowców, wiedząc, kto w mieście jara, podejrzewając, kto bierze więcej. Widziałam, jak dragi robią z człowieka wraka, wiedziałam, że to już nie jest osoba świadoma, bo działania są podyktowane przez narkotyk. Za razem wzrastał we mnie podziw dla mocy prochów, zielska...
Od alkoholu nigdy nie byłam uzależniona, to tylko przyzwyczajenie. W szpitalu na odtruciu pogryzłam się z kapłanem, bo nazwał mnie alkoholikiem... Jeden jedyny raz urwał mi się film, jeden jedyny raz straciłam przytomność i zdolność oddychania po alko, a ten mi z takim tekstem wyjeżdża... Nie piłam osiem miesięcy po tym wypadku.
W wakacje życie ponownie zaczęło mi się wymykać z rąk. Podejrzewałam, że jestem w ciąży, miałam koszmarne kłopoty w domu i straciłam najlepszą, wieloletnią przyjaciółkę, która była (i jest nadal...) dla mnie najważniejszą osobą na świecie... Załamałam się, ale robiłam dobrą minę do złej gry. Jednak psycha coraz bardziej mi siadała. Zakiełkowała we mnie ochota spróbowania gandzi. Wbrew pozorom, miałam problem z jej zdobyciem... Zrezygnowałam, bo mój facet postawił mi warunek. Sam miał kiedyś do czynienia z tym bagnem, wszystkimi sposobami starał się mnie trzymać jak najdalej od tego, w sumie niemal o dekadę starszy, bardziej doświadczony, więc słuchałam go...
Wystarczył jeden spacer. Wracałam ze szkoły z chipsami dla chorej koleżanki, szłam brzegiem rzeki, zatopiona w muzyce. Zaczepiło mnie dwóch gości i zapytali, czy nie chcę baki. Wytłumaczyłam, że nie mam siana, ale po piątkowej wypłacie (był poniedziałek) chętnie kupię... Zaproponowali mi za darmo. Przyjrzałam się ich młodym, ale zniszczonym twarzom, spragnionym dragów i wiedziałam, że widzą we mnie potencjalnego klienta, na którym mogą zarobić szmal na ćpanie. Workowate dresy, koszulka PROSTO, twarz pełna smutku... Tak wtedy wyglądałam. Czekałam z nimi na towar, bacznie analizując ich słowa i zachowanie. Wiedziałam, że nigdy nie pozwolę sobie doprowadzić się do takiego stanu. Musieliśmy długo czekać. Patrzyłam na niecierpliwość osób uzależnionych, obiecując sobie, że to mój pierwszy i ostatni raz...
To samo sobie obiecałam, kiedy trawka na mnie nie podziałała (za pierwszym razem mało kogo łapie...) i kiedy mój facet zrobił mi okropną awanturę i musiałam błagać i obiecywać, że już tego nie tknę, żeby mnie nie zostawił... Skasowałam wszystkie numery dealerów, które zyskałam tamtego popołudnia i już więcej nie miałam do czynienia z tymi typami. Bolał mnie łeb, ale oprócz tego, bólu nie czułam: to wtedy wyje****m się, raniąc się tak, że skóra zeszła mi płatami, a ślady mam do dzisiaj...
Drugi raz zapaliłam właśnie z moim facetem i jego znajomymi. Byłam zszokowana, że nie protestował, gdy podawali mi blanta, że nie reagował, gdy pytałam go, czy mogę. Jego upalone milczenie potraktowałam jako zgodę. Kiedy każdy był już upalony, dobrałam się do fajki wodnej. Muszę przyznać, mam głębokie płuca... Kaszel przerodził się w wariacki śmiech, poczułam się zaj******e cudownie, odpłynęły gdzieś wszystkie troski, a problemy nagle wydały się banalnie łatwe do pokonania... Myślałam: „chwilo trwaj” i czułam się lekka, jak dym, którego widok działał na mnie za razem podniecająco i kojąco. Kiedy wracaliśmy ciemnymi ścieżkami, czułam się jak w fantastycznej, ale zarazem groźnej grze komputerowej... Problem z percepcją rzeczywistości lekko przerażał, ale mój mężczyzna trzymał mnie mocno za rękę (jak wiele razy potem...). Miałam problem z zaśnięciem...
Tak, jak kiedyś przeliczałam hajs na kawę, tak teraz na bakę. Dwie godziny harówki na porządne ujaranie... Chodziłam cała szczęśliwa, myślałam tylko o zielonym, odliczałam dni od weekendu do weekendu, od palenia do palenia... Paliliśmy z moim facetem... Hipokryta, nie? Tłumaczył mi, że nie chce palić, że ja nie powinnam, a poza tym, że to dobrze nie wróży dla naszego związku. Ja jednak potrafiłam tak się upalić, że stawałam na środku ulicy i zaczynałam go macać i pieścić... Po gandzi nauczyłam się dochodzić, wcześniej miałam problemy z orgazmem, upalona potrafiłam dojść kilka razy pod rząd i to tak silnie, że czułam, jakbym wybijała się w przestrzeń kosmiczną, jakbym doznawała szczęścia niedostępnego innym śmiertelnikom, lewitowała po krainie euforii w ramionach mojego mężczyzny... Tak samo, jak wtedy, gdy po zapaleniu nagrałam swój pierwszy hip-hopowy kawałek... Uczucie niekończącej się siły i mocy... Zapragnęłam ciągle palić, ale mój facet stanowczo mi zabronił. Nie chciał się ze mną kochać po bace, bo mówił, że ma przez to wyrzuty sumienia. W takich chwilach męczyła mnie cholerna desperacja...
Upaliłam się sama. Żeby się upalić, starczy jeden mach („Jeden mach, jestem w snach...”), ja wzięłam sześć głębokich i podałam blanta kumpeli, która nigdy nie miała do czynienia z towarem. Mogłabym się usprawiedliwiać, że nie tylko byłam upalona, ale jeszcze się nawaliłam alko. Wróciłam do domu, usiadłam na sedesie i poczułam, że spadam. Łazienka zaczęła opadać w dół, byłam przekonana, że to jest winda do piekła za to, że jej dałam... Czułam, że umieram. Płakałam bezgłośnie, strach niemal wyrwał mi serce z piersi, błagałam Boga, by mi wybaczył... Usnęłam w łóżku, cały czas się modląc... Obiecując, że już nigdy nie zajaram... Następnego dnia byłam tak upalona, że nie chciałam uprawiać seksu ze swoim facetem, bo nie byłam pewna, czy to on, czy ktoś inny... Chore jazdy kiełkowały w moim ujaranym łebku, już nie było tak cudownie... No, bo stwierdziłam, że jak mam już nie palić, to muszę zużyć resztkę towaru, która mi została, żeby nie kusiła... No i te jazdy, które miałam w głowie, gdy stałam pod parkiem z towarem przy sobie, a obok zatrzymał się radiowóz i gliniarz wyszedł w moją stronę...
Dwa dni później pokłóciłam się z moim facetem. W sumie to ze mną zerwał. Byłam tak załamana, że marzyłam tylko o bace... Ale nie chciałam prosić obcych typków i miałam tylko dwie dychy... Zbawienie: spotkałam mojego dalekiego kuzyna, który miał skombinować towar. Najpierw wzięliśmy po machu, stojąc w kółku na jednej z głównych ulic w mieście, pod supermarketem. Ta adrenalina, bo przecież w takim miejscu kręci się sporo ludzi, a blanty nie są legalne... Oprócz mnie i mojej kumpeli, która nie paliła, było z ośmiu, dziewięciu typków, wszyscy walili mi komplementy, że mam zajebisty styl, odważna jestem, świetnie się ubieram – miałam na sobie szerokie dresy z krokiem w kolanach, koszulę i płaszcz z kapturem oraz szerokie buty. Hip-hop styl... Mogłam potrzymać w dłoni prawdziwą spluwę, co niesamowicie mnie podjarało, tego uczucia nigdy nie zapomnę, gdy trzymałam gnata w wyciągniętej dłoni, celując w pustą ulicę. Mój kuzyn powtarzał z dumą swoim ujaranym kumplom: „to moja kuzynka” i obejmował mnie, a mi było tak miło, tak przyjemnie... W parku poprosił mnie, żebym pomogła mu spalić jointa. Upaliłam się w ch***. Był pełen podziwu, że „umiem jarać”... Tłumaczył mi, jak opalać szkło, a ja, kompletnie zamroczona, wpatrywałam się w jego duże, ładne usta i śliczne oczy i miałam ochotę... Stop, k***a j****a mać, to twój kuzyn. Daleki, ale kuzyn! Stwierdziłam, że już nie jaram i bujnęłam na chatę. Poszłam spać. Wyczuwałam dłonią, jak bym miała dwa serca: jedno w gardle, drugie w żołądku, oba biły tak szybko i mocno, jakby za chwilę miały wypaść z toru... Tym razem to już na pewno umieram, myślałam... Nigdy więcej...
A z moim pogodziliśmy się, choć nie obeszło się bez łez.
Zostało mi jeszcze ponad pół grama. Dwa ujarania... Upalona, błagałam przez telefon mojego faceta, by zaprowadził mnie do domu, bo sama nie umiałam dojść. Jakimś cudem wcześniej, od razu po spaleniu, zaopatrzyłam się w ćwierć kilową pakę chipsów, bo włączyło mi się gastro... Przyszedł od razu, zostawił kumpli. Pokrzyczał na mnie, choć mnie to kompletnie nie obchodziło, liczyło się, że był przy mnie. Kiedy byłam upalona i miałam go obok, niczego więcej nie potrzebowałam. Było mi tak dobrze. Trzymał mnie za rękę, drugą dłonią chwytałam krawędź jego kurtki. Mogłam nawet zamknąć oczy i dać się prowadzić przez mroki miasta z pewnością, że nic złego mi się nie stanie. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak bezpiecznie. Opiekował się mną jak dzieckiem, choć widziałam za razem jego wk*******e, że zapaliłam. Zaprosił mnie do pubu, to był najwspanialszy wieczór mojego życia... Szkoda tylko, że byłam sfazowana (choć pewnie, gdybym była trzeźwa, byłby zwyczajny...)... Zielska zostało na dwa większe machy, które następnego dnia wzięliśmy niemal na środku skrzyżowania – z mojej inicjatywy, którą kierowała chęć adrenaliny... Oprócz kilku wspaniałych orgazmów nie odczuwałam upalenia, nic dziwnego, jak przyzwyczaiłam organizm do dawki co najmniej połowy lufki naraz...
Następnego dnia obudziłam się w dobrym stanie, sprawnie udając, że wszystko ok., choć pod wieczór nadeszły lęki... Lęki, manie prześladowcze, nagłe dołki i myśli samobójcze mam od paru lat, a przy paleniu to się pogłębiło – gdy byłam na trzeźwo myślałam tylko o tym, żeby się upalić, żeby nie mieć tych chorych cholernych jazd w głowie... Jak w „Małym Księciu” pijak pił, by zapomnieć, że pije, tak ja jarałam, by zapomnieć, że jaram... Od fazy do fazy, życie na trzeźwo było nie do zniesienia, przestałam sobie ze wszystkim radzić, pogrążałam się w apatii, na niczym mi już nie zależało, wszystko straciło sens, jedyne, co się liczyło, to iść do roboty, zarobić hajs, dostać wypłatę i kupić towar. A to nie było takie łatwe. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam kumpeli, że nie chcę się uzależnić od baki, bo chciałabym po maturze zajść w ciążę, a dziecku szkodzić nie będę... Jarałam raz z ciężarną, żal mi tej dziewczyny i jej przyszłego dziecka...
Nadszedł dzień sądny. Może wszystko to wydarzyło się dlatego, że w środku nocy obudziłam się zlana potem w rozkopanej pościeli z gorączką, telepało mną jak cholera, a jedyna myśl brzmiała: „chcę zapalić”... Zamiast w pętli na moście wylądowałam w pokoju z moim facetem. Niezbyt klejąca się rozmowa zeszła na mojego kuzyna i jego kolegów ćpunów, dragi, naszą przyszłość, odpowiedzialność... Jeszcze nigdy tak nie płakałam. Jego słowa mnie bolały. Przenieśliśmy się pod blok, gdzie znaleźli nas kuzyna kumple, po których on właśnie cholernie jechał... Mój dawny znajomy leżał nieprzytomny od zaćpania...
Akurat o tym rozmawialiśmy...
Tym razem nie było nigdy więcej i nie będzie. Tym razem było – i jest nadal - NIE CHCĘ więcej palić. Wiem, że kiedyś na pewno zdarzy mi się jarać topy (shitów nie ruszę), ale tego nie planuję. Teraz reperuję psychę i staram się trzymać z dala od jointów, bo wiem, że zazwyczaj na zielonym się nie kończy...
Moja psychika jest nieźle uszkodzona, z trudem przyznam, że próbowałam skończyć z życiem, ale mój facet mnie „uratował”... Lufki pozbyłam się w dość niekonwencjonalny sposób: kiedy płaciłam w sklepie, wypadła mi z portfela, rozbiła się o szklaną ladę, rozsypując okruchy pozostałości wokół, ku zszokowaniu ekspedientek. Walić je. Zbierając potłuczone szkło, hardo spojrzałam im w oczy i odwróciłam się.
Błędnie uwierzyłam, że blanty mnie uwolnią od myśli samobójczych, od awantur w domu, od kłótni między rozdzielonymi rodzicami, w których byłam pośrednikiem, obwinianym o wszystko. Od problemów w szkole, z pedagogiem, od chorej reputacji na osiedlu (gangstera...), która popsuła mi relacje z najbliższymi, od przeszłości, za wcześnie rozpoczętego życia seksualnego, od ojca, który ojcem nie był nigdy (toteż w partnerach poszukiwałam tego „ojcostwa”...). Od problemów ze zdrowiem, schiz z ukrywaniem pracy przed rodziną, kłopotów z policją, wykorzystywania przez innych, dołka finansowego mojej rodziny... Uwalniały, ale na chwilę. Nie chcę już jarać. Ty też nie jaraj.
Czemu taki tytuł? Tytuł miał przyciągnąć Twoją uwagę do artu. Jeśli tu dotarłeś/aś, to znaczy, że się udało. A poza tym joint podsuwał mi orgazmy na taśmociągu, rozwiązywał problemy z osiągnięciem orgazmu, pomagał jak... no, doktor...
Bo ostatnie słowo należy do mnie.
|