Czym prędzej podbiegłam do niego, chwytając za zwiotczałą dłoń i zapytałam ostrożnie: - Co się stało? - Co się stało, to się nie odstanie... - Wiem, tato, wiem. - Gówno wiesz! Idź do swojego pokoju!
Wstałam i weszłam po stromych schodach z drewnianymi balustradami do swojego pozornie spokojnego zakątka. Jakie to dziwne, że kiedyś w tym wielkim domu, bogatym niczym willa, tętniło szczęściem. Że promienie słońca wpadające przez firankę były cieplejsze niż teraz, a smutek chmur nie przedzierał się przez jasne zasłony do pokoi. Że moja mama ścierała kurze z regału, a ojciec czyścił dywan. Że najpierw przeżywali ze sobą setki romantycznych chwil tylko we dwoje, a potem w trójkę śmialiśmy się do siebie. Jak to możliwe, że tego nie pamiętam? Jak głęboko mam grzebać w swej świadomości, by odnaleźć jej oczy i uśmiech? Dlaczego nie czuję pod palcami dotyku jej ciepłego ciała, do którego mnie przytulała? Gdzie jej czułości i słowa? Dlaczego odeszła tak daleko, że nie jestem w stanie jej dostrzec? Czy gdy wyciągnę rękę, poczuję jej miarowy oddech na skórze? Albo chociaż atłas włosów? To może usłyszę szept? Tylko dlaczego moja ręka tam nie sięga?...
Gdy się zbudziłam, zdziwił mnie widok słońca, które z trudem przedzierało się przez zasłonę z chmur. Jeszcze raz spojrzałam za okno, a potem przeniosłam swój wzrok na zegar, który wskazywał godzinę jedenastą. Przetarłam zaspane oczy i zastanowiłam się przez chwilę. Jak to możliwe, że ojciec po raz pierwszy od kilku miesięcy nie obudził mnie w nocy zbijanymi butelkami lub swoim wrzaskiem? Może coś się stało? A jeśli jego serce nie wytrzymało nadmiernych procentów, dostarczanych do niego regularnie?... Ostatnio ojciec pił znacznie więcej i częściej, a do domu wracał niezdolny chociażby do dojścia do ciepłego łóżka. Nawet renta nie starczała mu na picie, choć jego pieniądze były wykorzystywane tylko na opłacenie rachunków i podatków, których zresztą było niewiele. W końcu ja utrzymywałam się dzięki komuś, kto codziennie dbał o to, by w mojej kieszeni znalazło się dziesięć złotych. W zasadzie nie wystarczało mi to na nic oprócz na jedzenie dla mnie i dla ojca. Oczywiście reszty musiałam odkładać na rzeczy, bez których nie mogłam się obejść. Każdego roku bardzo dużo wydawałam na rzeczy potrzebne do szkoły, bo choć używane podręczniki nie były zbyt drogie, to jednak wszystkie zeszyty i ćwiczenia musiałam kupić nowe. Oprócz tego pieniądze były potrzebne na zakup pasty do zębów, proszku do prania, zmywaków i masy innych drobnych rzeczy, które choć oddzielnie są dosyć tanie, to w sumie kosztują dosyć sporo. Jeśli chodzi o mój wygląd, to nie potrzebowałam wiele, albowiem chodziłam w swoich starych ubraniach, które dostawałam, gdy tata jeszcze miał w sobie wystarczająco siły na to, by żyć. Czasem zakładam również jego ubrania, a resztę potrzebnych rzeczy kupuję za grosze w tanich sklepach z ciuchami, których w naszym mieście jest pełno. Oczywiście czuję się trochę głupio, gdy wychodząc z takiego marketu z wypełnioną reklamówką, natknę się na grupę koleżanek z klasy. Nie znoszę ich pogardliwego spojrzenia, które lustruje moje ubrania, fryzurę, wygląd. Wolę, gdy staję się dla innych niewidzialną lub po prostu bezużyteczną kukłą, której los wszystkim jest obojętny. A propos obojętności, to miałam zejść na dół, by zobaczyć, co się dzieje z ojcem.
Na szczęście leżał spokojnie na swoim ukochanym zielonym fotelu w kuchni. Z początku myślałam, że coś mu się stało, jednak chrapanie zdradziło prawdę. Uspokojona wróciłam do swojego pokoju i zerkając na plan lekcji, spakowałam się pospiesznie na te przedmioty, na które miałam jeszcze szansę zdążyć. Okazało się, że właśnie przed chwilą zadzwonił dzwonek na historię. Przeklęłam się w duchu za to, że nie nastawiłam budzika, po chwili jednak tłamsząc te bezpodstawne zarzuty. Przecież ja zawsze miałam nastawiony niezawodny budzik, tylko przez przypadek dzisiaj zaszwankował.
Na szczęście mogłam ruszyć skrótem, który prowadził obok znienawidzonej knajpy, dzięki czemu znalazłam się w szkole zaledwie dwadzieścia pięć minut po dzwonku na lekcję. Od razu w wejściu klasy dostrzegłam rażący w oczy brak Lauiena i jego pustą ławkę. Nie chciałam do niej siadać, jednak tak jak poprzedniego dnia, nie miałam wyboru. Wcale nie zwróciłam uwagi na uczniów i ich reakcję, którzy utkwili wzrok w ranie, o której ja w zupełności zapomniałam. Zdałam sobie sprawę z tego, że związałam włosy gumką, jak zawsze, wystawiając na widok krwawą bliznę, jednak to nie miało dla mnie dzisiaj znaczenia. Uśmiechnęłam się do siebie, gdy przypomniałam sobie wczorajszy wstyd i zażenowanie. Dotarło do mnie to, że nie zależało mi na opinii całej klasy, ale tylko i wyłącznie Lauiena.
- Nemezis?
Wstałam z ławki, zdając sobie sprawę z gafy, którą przed chwilą popełniłam i niemalże z przestrachem zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie czuję wstydu z tego powodu. Nawet nie bałam się konsekwencji ani kolejnej jedynki ostatecznie skreślającej moje szanse na zdanie do klasy maturalnej.
- Masz mi coś do powiedzenia?
Podniosłam głowę, spoglądając w drobne oczy pani profesor, w których kryły się jak zwykle, gdy ze mną rozmawiała, złośliwe chochliki. Sprawiała wrażenie zdeprymowanej tym, że szacunek uczniów wobec niej jest mniejszy, niż ona by tego sobie życzyła. Zastanowiłam się, czy w ogóle zasłużyła sobie na to, by ją szanować. Dobrze uczyła, to fakt. Ale... jakim była człowiekiem? Mściwym, niesprawiedliwym i przekupnym. Wiem, że pomimo mej sytuacji oceniałam ją obiektywnie. W pierwszej klasie liceum, gdy mieliśmy lekcje historii z innym nauczycielem, bez problemu dostawałam czwórki i piątki. I tu nie chodziło o moje zaangażowanie ani stosunek do przedmiotu. Owszem, nie cierpiałam zapamiętywania tysiąca nieistotnych dat zwycięstw i porażek oraz nazwisk dowódców wszystkich walk. Natomiast teraz, w drugiej klasie, już na pierwszej lekcji z nową panią profesor dostałam jasną informację dotyczącą mojej sytuacji końcoworocznej. Cóż, na pierwszy rzut oka można ocenić mój stan materialny i stwierdzić, że nie stać mnie na lekcje dodatkowe, dzięki którym można posiąść „niezbędną wiedzę do ukończenia wyższej edukacji”. Niestety nasza szkoła nie prosperowała zgodnie z prawem za sprawą nieodpowiedniej dyrekcji, więc to, że cała klasa, nie licząc jednej osoby, uczęszczała na tak zwane korki u pani profesor, nie wzbudziło sensacji.
- Masz rząd jedynek. Spóźniasz się pół godziny na lekcję i nawet nie powiesz „dzień dobry” i „przepraszam”? Gdzie twoja kultura?
- Mogę powiedzieć „do widzenia”.
Wstałam i zarzuciłam torbę na ramię, spoglądając wyzywająco na panią profesor, która zrobiła się cała czerwona i wpatrywała się we mnie z otwartymi ustami. Cóż, najwyraźniej choć udzielała uczniom lekcji pokory, to sama na takowej nie była ani razu. Bynajmniej ja nie miałam zamiaru więcej siedzieć z założonymi rękami i w końcu głośno sprzeciwić się temu, co się działo w tej szkole. Nie wiem, skąd wstąpiło we mnie tak wiele odwagi, by stanąć twarzą w twarz z panią profesor, skazując się na przegraną. Spojrzałam w stronę klasy, która najwidoczniej była sto razy bardziej zdziwiona niż ja i tysiąc razy bardziej niż pani profesor. Wiedziałam, że gdy tylko padnie z jej ust jakiekolwiek słowo przeciwko mnie, wówczas będą gotowi wstawić się za mną. Po chwili zdumienia po klasie przeszedł szmer, który wkrótce przerodził się w głośne rozmowy.
- Cisza! Uciszcie się wreszcie! Co to ma znaczyć?! Jesteście po jej stronie? A czy wy w ogóle wiecie, kim jest Nemezis? No, wiecie, czy nie?! A może mam wam powiedzieć?...
Szmer w jednej chwili zupełnie ucichł, a ja zadrżałam, w obawie przed tym, jakie słowa mogą paść z jej ust. Nie wiem, dlaczego, ale cała odwaga i pewność siebie uleciały ze mnie bezpowrotnie. Razem ze wszystkimi zamilkłam, wsłuchując się w słowa pani profesor:
- To córka nałogowego alkoholika, który ją bije! To córka prostytutki... - Jak pani śmie?... - Mam dowody. Wczoraj po tym incydencie szukałam informacji o tobie. Proszę, oto, co udało mi się znaleźć! - Co to takiego?
Na biurku wylądował plik kartek, który swym zapachem odpychał mnie i napełniał strachem. Nie wiem, czy chciałam dowiedzieć się, co zapisano drobnym drukiem na zszarzałych ze starości stronach. Nawet nie byłam w stanie uwierzyć w to, że słowa, które przed chwilą usłyszałam, są choć w pewnym stopniu prawdą. Chciałam wybiec z klasy, gdy pani profesor zaczęła czytać wystarczająco głośno i wyraźnie, by cała klasa mogła to usłyszeć i pojąć.
- Nemezis Herman zgodnie z prawem pozostaje pod opieką ojca, Juliusza Hermana. Matka, kobieta lekkich obyczajów, której imienia nie poznaliśmy, nie ma jakichkolwiek praw do córki, której dobrowolnie się wyrzekła, pozostawiając ją w dzień po jej urodzeniu pod domem...
Słowa strzelające we mnie, zraniły moje uszy, które nie potrafiły już słuchać. Nie chciały... I tak poznały zbyt wiele. Zbyt wiele, by żyć. Zbyt wiele, by umrzeć. Poczułam tylko głuchy krzyk, który zwalił moje ciało na posadzkę.
Dodaj komentarz
Komentarze