Jak w każdą sobotę, Julita wracając z pracy, zajechała do supermarketu. Wyciągnęła z portfela listę zakupów i pchając przed sobą wózek, skrupulatnie ją realizowała. Gdy szła rzędem półek, zahaczyła o mąkę w tak pechowy sposób, że biały puch rozsypał się wokół. Zdenerwowana, rozejrzała się po podłodze i czuła się okropnie, słysząc uwagi innych kupujących. Jednak postanowiła zostawić cały ten bałagan, stwierdzając, że i tak dostatecznie popsuł się jej nastrój. Wyrzucając po drodze listę zakupów, ruszyła w stronę alkoholi, pakując do wózka cztery butelki wina. Co prawda, pamiętała o zapasach poczynionych wczorajszego dnia, ale wolała być przygotowana na każdą okoliczność. Gdy stała przy kasie, jegomość w zielonym kapeluszu utkwił wzrok w półwytrawnym, mówiąc z powagą, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci:
- Odłóż te butelki. - Co takiego? - Julita poczuła wzbierające w niej zażenowanie tym, że dzisiejszy dzień staje na głowie, aby sprawić jej przykrość. - Odłóż te butelki. - Nie - odrzekła równie stanowczo, chcąc zakończyć tę głupią dyskusję. - Porozmawiajmy.
Julita bez słowa zapakowała swoje zakupy do reklamówek i ruszyła w stronę parkingu. W samochodzie włączyła radio, nastawiając na fale, gdzie leciała muzyka, pogarszająca jej nastrój. Odpływała powoli w ocean smutku i beznadziei, litując się nad swoim spapranym życiem.
- Jestem śmieciem - jęknęła w którymś momencie, a łzy zaczęły cisnąć się jej do oczu.
Nie chciała nawet słuchać swojego wewnętrznego głosu, który przypominał Julicie o dobrze płatnej pracy, która dawała jej przyjemność, o przytulnym mieszkaniu w samym centrum miasta, superszybkim samochodzie, markowych ciuchach i całej stercie rzeczy, które zamieniały jej życie w luksus.
- Cały ten świat jest do dupy - powiedziała, sięgając po butelkę z winem.
Nie zatrzymując się, piła łyk za łykiem, aż pozostało tylko pół butelki. Zadowolona, zaczęła się głośno śmiać, śpiewając razem z piosenkarką, której głosu nie cierpiała.
- Jestem bogiem tego świata! - krzyknęła na cały głos.
W którymś momencie zadzwonił jej telefon, ale Julita nawet tego nie usłyszała, delektując się swą nieopisaną radością i dziwnym uczuciem, które zawsze ogarniało ją po alkoholu. Gdy wypiła całą butelkę wina, nie zdejmując nogi z gazu, sięgnęła po następną, nie mogąc odmówić sobie tej przyjemności. Pochylając się nad reklamówką, usłyszała nagle krzyk i dźwięk, który ją otrzeźwił. Machinalnie nacisnęła pedał gazu. Kilka chwil siedziała struchlała, aż w końcu zebrała się na odwagę i wysiadła z samochodu. Na poboczu leżał rower, a kilkadziesiąt metrów dalej mężczyzna. Poznała tylko zielony kapelusz. Gdy oprzytomniała, do jej uszu dobiegły krzyki; jakaś kobieta biegła w stronę poszkodowanego, pospiesznie rozmawiając przez telefon. Julita nie ociągając się, wsiadła do samochodu i z całej siły naciskając pedał gazu, ruszyła do swojego domu. „Co teraz? Co teraz, do cholery?!”
Spakowała wszystkie swoje najbardziej potrzebne rzeczy do niewielkiej torby podróżnej i udała się na dworzec. Wsiadła w pierwszy pociąg, jaki nadjechał, odkładając myśl o przyszłości na później. Gdy, trzęsąc się, popijała wino, którego pomimo pospiechu, nie zapomniała zapakować, ktoś do niej zadzwonił. Niepewnie o odebrała telefon od swojej przyjaciółki, Dagmary.
- Jula! Jula! - ryczała w słuchawkę. - Ktoś zabił mojego ojca! Potrącił go i zwiał! Rozumiesz?! Ja go dorwę i zabiję! Zabiję sukinsyna! Gdyby... gdyby zadzwonił po pomoc... to on by... on by żył! Rozumiesz, Jula! Dorwę go, zabiję, zabiję... Mój ojciec... Mój ojciec... O Boże! Ktoś spisał jego numery rejestracyjne. Pożałuje! Jula! Jula, jesteś tam?! Czy ty mnie słuchasz?! Jula! Cholera!
Julita opadła bezwiednie na twardy fotel, popijając żałość kolejną butelką białego wina.
II Jak w każdą sobotę, Julita wracając z pracy, zajechała do supermarketu. Wyciągnęła z portfela listę zakupów i pchając przed sobą wózek, skrupulatnie ją realizowała. Gdy szła rzędem półek, zahaczyła o mąkę w tak pechowy sposób, że biały puch rozsypał się wokół. Zdenerwowana, rozejrzała się po podłodze i czując się okropnie, słysząc uwagi innych kupujących, poszła na zaplecze. Po chwili wróciła ze szczotką oraz szufelką i dokładnie posprzątała cały bałagan. Cała sytuacja wprawiła ją w ohydny nastrój, tak więc, wyrzucając po drodze listę zakupów, ruszyła w stronę alkoholi, pakując do wózka cztery butelki wina. Co prawda pamiętała o zapasach poczynionych wczorajszego dnia, ale wolała być przygotowana na każdą okoliczność. Julita jechała szybko, starannie odpychając od siebie nurtujące myśli i pytania, które już od pewnego czasu ją dręczyły. „Kim jesteś?” „Jaki sens ma twoje życie?” „Czego tak naprawdę pragniesz?”
W pewnym momencie z torebki wydobył się odgłos telefonu, który Julita pospiesznie odebrała.
- Witam. Pani Julita Gałązka? - odezwała się pewna kobieta. - Tak - odpowiedziała, zdając sobie sprawę z tego, że rozmawia z sekretarką ze swojej firmy. - Szef chciałby, aby przyszła pani jutro do pracy. - Przecież w niedzielę zawsze mam wolne. - Tak, ale... no widzi pani... - Słucham? - W gruncie rzeczy to tajemnica, ale... szef przeprowadza redukcję etatów i... - Jaką znowu redukcję etatów?! - zapytała Julita, odpychając od siebie tę straszną myśl, że... - Szef zwalnia pracowników.
Julita rzuciła telefon na boczne siedzenie, czując, jak osuwa się na samo dno rozpaczy. Właśnie sięgała po butelkę wina, gdy mignęła jej na drodze postać na rowerze. Mężczyzna wpadł na maskę, z której po chwili bezwładnie się osunął. Julita nie miała wyboru - musiała wysiąść i coś z nim zrobić, chociażby przesunąć na pobocze. Jednak stan mężczyzny nie był tak bardzo zły, jak można było się spodziewać. Nawet sam wstał, ukazując światłu dziennemu czerwoną twarz i zwichniętą rękę.
- Pojedzie pan ze mną do szpitala. Niech pan wsiada do samochodu. - Jak to? A mój rower?
Jednocześnie obrócili się za siebie, spoglądając na kilkuczęściowy złom. Z początku milczeli, siedząc w samochodzie stojącym w wielkim korku, jednak w końcu pan w zielonym kapeluszu podjął niepewnie rozmowę:
- Urządza pani przyjęcie? - Nie, a dlaczego pan pyta? - Wino... - A... Wino... - Sama pani je pije? - ... - Aż tyle? - ... - A... czy nie zastanawiała się pani, że to może być uzależnienie? - Wybaczy pan, ale to moja sprawa. - Wybaczy pani, ale ja kiedyś byłem alkoholikiem i wiem coś o tym. - Ale ja nim nie jestem. - Zaręczam pani, że owszem.
Na tym rozmowa się skończyła. Pan w zielonym kapeluszu wysiadł koło szpitala, a Julita wróciła do domu, pogrążając się w białym winie przed telewizorem. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Julita niechętnie przerwała chwilę rozkoszy, otwierając panu, który już nie miał zielonego kapelusza, tylko zaciętą minę i jakieś papiery pod ręką. A Julita wiedziała, że od tej pory nie odnajdzie już spokoju.
Dodaj komentarz
Komentarze