- Proszę, zejdź stamtąd, to niebezpieczne! - mówiła do mnie zdenerwowana, drobna szatynka. Jej krótkie włosy delikatnie opadały na ramiona, twarz wyrażała przerażenie i niepokój. Usiłowała złapać mnie za rękę, lecz nadaremnie. - Nie! Ty mnie nie zrozumiesz! To jest kompletny obłęd, przecież mnie nie znasz, więc po co chcesz, żebym żyła!? No tak, to twoja cholerna praca! - krzyczałam jak opętana, stojąc na zewnętrznym parapecie szpitalnego okna.
Było to dwunaste piętro, a widok niesamowity... Za miastem szerokie morze, a w nim zanurzała się rozżarzona czerwono-złota kula, która coraz słabiej rozjaśniała okolicę. Ale przestałam myśleć o tych widokach, tylko błąkałam się w moich myślach i wydarzeniach z ostatnich miesięcy... Z moich rozmyśleń znowu wyrwała mnie pani psycholog, która nie dawała za wygraną.
- Proszę, Majka, nie rób tego, pomyśl o swoim dziecku... Porozmawiajmy, mogę ci pomóc.
Tak... Moje dziecko... OK, złamałam się w końcu i powoli weszłam do obskurnego, szpitalnego pokoju.
- Widzisz, tak lepiej. Proszę, usiądź i opowiedz, co cię skłoniło do popełnienia samobójstwa. Spróbuję ci pomóc.
Powoli, chwiejnie podeszłam do niewielkiego łóżka na końcu małej sali. Delikatnie usiadłam na białym, niewygodnym łóżku. Hm. Wszędzie ta biel. Doprowadzała mnie do szału, czułam się jak marionetka zawieszona w próżności. Jedyną barwną rzeczą w tej próżni był mały obraz wiszący naprzeciwko łóżka. Przedstawiał kolorową łąkę, która kusiła kolorami wiosennych kwiatów. Na łące beztrosko bawiły się dzieci. Poczułam, jak łza napływa mi do oka, gdy pomyślałam o malutkiej, bezbronnej istocie, jaką jest dziecko.
- Więc chce pani wiedzieć, dlaczego? - Jasne, że tak. Nie rozumiem, dlaczego taka młoda, ładna dziewczyna z przyszłością chce pozbawić życia siebie i swoje nienarodzone dziecko.
Kobieta złapała mnie za rękę. Spojrzałam w jej oczy. Były wypełnione troską i współczuciem... Było tam jeszcze coś, czego nie potrafiłam określić.
- No więc dobrze. To wszystko zaczęło się w dniu moich dwudziestych urodzin. Justyna, moja przyjaciółka, wparowała z prezentem i życzeniami do mojego mieszkania. Dostałam mieszkanie od taty. Mamy nie znam, zostawiła nas, jak byłam malutka. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiła. Tata bardzo ją kochał i nadal kocha. Tak więc Justyna zaczęła namawiać mnie na pójście na imprezę do nowego klubu. Nie miałam ochoty, ale w końcu mnie przekonała. Wzięłam prysznic, ubrałam się wyzywająco, do czego ona mnie skłoniła. Uczesałam włosy, zrobiłam makijaż i wyszłyśmy. Do klubu było zaledwie kilka przecznic, więc dotarłyśmy dosyć szybko. W klubie zaczęłyśmy od kilku drinków, a potem szalałyśmy na parkiecie z nieznanymi nam dotąd ludźmi. Kilkoro chłopaków w naszym wieku zaprosiło nas do siebie. Poszłyśmy z nimi. Teraz bardzo tego żałuję, ale zaraz dowie się pani, dlaczego. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy, było nawet OK. Potem Marcin, wysoki brązowooki szatyn, zaproponował coś mocniejszego. W pierwszej chwili nie wiedziałam, o co chodzi, ale już wkrótce się dowiedziałam. Marcin sięgnął po średniej wielkości drewniane pudełko. W środku była jedna strzykawka i coś jeszcze. Chłopak napełnił strzykawkę i po kolei robił zastrzyki kumplom. Potem chciał zrobić zastrzyk Justynie, ale ona się nie zgodziła. Następna byłam ja. Zawsze chciałam spróbować narkotyku, chciałam wiedzieć, jak to jest, ale teraz wiem, że niewarto było. Po zastrzyku poczułam się bardzo wyluzowana. Potem już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Obudziłam się rano w łóżku z Marcinem. Byłam naga, on również. Powiedział mi, że dziękuje za wspólną noc, ale teraz mam spadać. Zupełnie nie pamiętałam, co się działo w nocy, w głowie miałam zupełną pustkę. Zapytałam o Justynę. Marcin powiedział, że ona nie była taka łatwa jak ja i chłopaki na pewno jej nie odpuścili. Wskazał na kanapę naprzeciwko łóżka. Tam spał jeszcze jakiś koleś, cały we krwi. Wiedziałam, co to oznacza. Marcin zagroził, że jeżeli cokolwiek komuś powiem, to dołączę do Justyny, a jeżeli chcę żyć, to mam się wynosić. Wybiegłam stamtąd z płaczem. Nic nikomu nie powiedziałam, bo okropnie się bałam.
Jakiś miesiąc nie mogłam dojść do siebie. Wakacje sie skończyły i musiałam iść na kolejny rok studiów. Zaczęłam źle się czuć, było mi słabo, wymiotowałam. Zrobiłam sobie test ciążowy i okazało się, że jestem w ciąży... Poszłam do lekarza, żeby się upewnić. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Tak, ale to nie wszystko. Wie pani, co się okazało? Tak, mam AIDS, mój płód również. W tamtej chwili wszystko się zawaliło. Musiałam zrezygnować ze studiów. Z dnia na dzień czułam się coraz gorzej. W końcu wylądowałam w tym cholernym szpitalu!
Chciałam skoczyć, bo nie mogę skazać siebie i dziecka na dalsze cierpienia...
- Sama nie wiem, co powiedzieć... - Kobieta uroniła łzę. - Czy mogłaby pani przynieść mi szklankę wody? Jestem wyczerpana. I tak nie może mi pani pomóc. Obiecuję, że będę grzeczna. - Dobrze, ale nigdzie nie odchodź. Ufam ci.
Kobieta zniknęła za drzwiami.
Byłam w szóstym miesiącu ciąży, więc brzuch był widoczny. Zaczęłam mówić do swojego dzieciątka.
- Kochanie, przepraszam za wszystko. Mamusia bardzo cię kocha, ale musi to zrobić. Tak będzie lepiej dla nas obu. Niedługo spotkamy się i już zawsze będziemy razem. Obiecuję. Kocham cię.
Rozpłakałam się na dobre. Zeszłam z łóżka. Podeszłam do okna i już stałam na parapecie. Było ciemno, na niebie mnóstwo gwiazd. Ale to już się nie liczyło. Zaraz miałam spotkać się z moim maleństwem. Po prostu zaczęłam opadać w dół. Czułam, jak zimny wiaterek muskał moje ciało. Wiedziałam, że zaraz poczuję uderzenie i będę tam, gdzie chciałam. Przez łzy wypowiedziałam tylko jedno słowo: „Żegnajcie”.
***
Wbiegłam do pokoju Justynki. Upuściłam szklankę z wodą. Wyjrzałam przez okno. Na dole leżała Justynka, cała we krwi. Ciemna noc, jej ciało oświetlała pobliska lampa... Zaczęłam płakać i mówić prez łzy, mając nadzieję, że jeszcze mnie usłyszy.
- Justynko, nigdy sobie nie wybaczę, że wtedy od was odeszłam... Teraz, gdy już ciebie odzyskałam... chwila nieuwagi i znowu cię straciłam. Tym razem na zawsze... Kochałam cię, córeczko, ale musiałam odejść, nie miałam wyboru. Byłam młoda i uparta, tak jak ty. Żegnaj...
***
Jedna impreza Majki zmieniła jej życie w obłęd. Straciła przyjaciółkę, zdrowie i dziecko, które było owocem jej szaleństw. W ostatnich minutach jej życia pojawiła się bliska, choć daleka osoba... Jej matka.
|