"Zostanę tu, gdzie Ty, bo chcę dla Ciebie żyć..." Fragment piosenki, która jeszcze tak niedawno, bo kilka miesięcy temu, była najbliższa sercu. Była to piosenka, która swą melodią, słowami doprowadzała do łez. Doprowadzała do stanu, w jakim wszystko traciło sens, w jakim wspomnienia bolały bardziej niż cielesna rana. To wszystko sprawiło, że ostatnie 3 miesiące zostały wycięte z mojego życia... Byłam nikim.
Miesiąc wakacji spędziłam w domu, nie wychodząc z czterech ścian, nie patrząc przez okno, nie odpowiadając na sms-y znajomych. Byłam sama z własnymi słabościami, tęsknotą i miłością. Gdy zaczął się rok szkolny, potrafiłam grać jak nikt. Potrafiłam wyjść z domu wcześnie rano i śmiać się do łez w szkole, uczyć się, rozmawiać z ludźmi, jednak gdy wracałam do domu, wychodziłam z pociągu, im bliżej byłam domu wszystko wracało… Maska rzucona w kąt była zbędna, ponieważ siadałam przy komputerze, włączałam GG na niewidoczny i czekałam, aż Jego słoneczko zaświeci jasnym kolorem. Były momenty, kiedy doczekałam się… Były też takie, kiedy im dłużej czekałam, tym sprawiał większy ból, tym więcej łez wylewałam i pytałam "Dlaczego?". Zawsze odpowiadała cisza. I tak było codziennie. Jeśli w końcu rozmawialiśmy, było źle... Ja poświęcałam dla Niego coraz więcej, a On?.. On potrafił tylko napisać kilka słów. Tych słów, które najbardziej bolały i zaraz uciekał do innej. A ja, głupia, modliłam się, by był szczęśliwy, by tamta nie zrobiła mu krzywdy. Gdy było źle, gdy żalił mi się (swojej przyjaciółce) płakałam z Nim, gdy pocieszałam, uśmiechał się… ja także. Gdy był w szpitalu, ona Go nie odwiedziła… W przeciwieństwie do mnie, kiedy ja chciałam uciec z domu dla Niego, by być blisko, a nie mając możliwości wyjazdu do Niego, odchodziłam od zmysłów… Do tego stopnia, że i ja trafiłam na pogotowie.
Trwało to 3 miesiące. Niby niewiele, lecz dla mnie zbyt wiele. Za wiele było łez, za wiele przykrości, za wiele namieszał mi w życiu. Był dla mnie całym światem, a ja dla Niego? Ładną dziewczyną, z którą potrafił się dogadać, która była dopełnieniem Jego osobowości, ale mieszkającą za daleko... Zbyt daleko. Czyli po prostu byłam dziewczyną idealną, ale na chwilę. Bo przecież ideału kochać nie można, ideały nie są osiągalne. Prawdziwy związek wymaga wyrzeczeń, poświęceń, czasem walki, a nie tylko samych przyjemności. Ja to wiem. Wiedziałam zawsze, dlatego walczyłam, wierzyłam.. On nie chciał słuchać. Nie chciał walczyć i ja w końcu odpuściłam. Nastał wtedy okres, gdy życie do reszty posypało się, ostatnie nadzieje odeszły. Wszyscy widzieli mój stan psychiczny, wtedy zrozumieli, co się dzieje, ale nie pozwoliłam sobie pomóc. Nie dopuszczałam do siebie rodziny, przyjaciół, dopuściłam tylko Boga. W końcu na skraju załamania zaczęłam prosić o pomoc. I co?.. I dostałam to, o co prosiłam... Dał mi siłę, dzięki której zbudowałam barierę i ból, który z czasem coraz mniej mnie dotykał. Słuchając nutek tak, jak leciało w tle "Nie pozwól na to by ktoś trafił w moje serce..", prosiłam o to Boga, bałam się kolejnych rozczarowań, żalu i niepewności… Tym razem Bóg nie posłuchał. Chyba wiedział, co robi, bo otworzył mi oczy.
Sprawił, że zauważyłam chłopaka, który był blisko. W momencie kiedy wszyscy widzieli, że nie jest mi lekko w życiu, On się nie wystraszył. Niektórzy przyjaciele mówili po prostu "Będzie dobrze.." i odchodzili. Wiedziałam, że nie mają pojęcia, co robić. Wiedziałam, że są jednymi z tych, co boją się ludzi skrzywdzonych. Ale nie Mateusz. Widział, co się dzieje i stopniowo się zbliżał do mnie. Odrzuciłam go, wykrzyczałam, iż kocham tylko jednego, że wszyscy są tacy sami, że lecą na ładną buźkę i że chcę mieć z nim nic wspólnego. Ale on się nie wystraszył. Był przy mnie, nie pocieszał, po prostu zagadywał, rozśmieszał, dokuczał tak, bym nie myślała o czymś innym, bym nie udawała tylko po prostu śmiała się i by uśmiech na twarzy był szczery. Nie był nachalny, ale zdecydowany, wiedział, co robić. Jego uśmiech, nastawienie do życia, sprawiły, że coś we mnie pękło... Postanowiłam zapomnieć o tym, co było. Stwierdziłam, że skoro nie chciałam obok siebie nikogo, a Bóg tak z dnia na dzień skierował mój wzrok na Matiego, to musi coś znaczyć. Pomyślałam "muszę spróbować zapomnieć, nie mam nic do stracenia", jednak dziś wiem, że nie zrobię tego, nie zapomnę. Mateusz uczy mnie, bym nie zapominała na siłę, tylko po prostu zaakceptowała taką kolej rzeczy... Tak, że w końcu wszystkie uczucia odejdą albo schowają się gdzieś na dnie serducha i co najważniejsze nie będą bolały.
Nie wierzyłam, że potrafię zmienić coś w życiu. Nie wierzyłam, bo tego nie chciałam, ale znalazłam i doceniłam inne wartości życia i dziś mimo że dalej kocham, to już nie boli. Cierpliwie czekam, aż samo minie. Jestem pewna, że udało mi się wyleczyć z chorej miłości, wiem, że udało mi się zaakceptować to, jak jest. Ale los postanowił wystawić mnie na próbę. Łukasz napisał, że zrozumiał wiele rzeczy, że szuka w każdej dziewczynie mnie, że czeka na mnie do wakacji i chce odbudować wszystko od nowa. Ale ja już nie chce. Wiem, że mimo iż byłabym szczęśliwa, to nie jestem zabawką, którą można się pobawić tylko wtedy, gdy jest blisko... A gdy odchodzę, to zostaję odłożona na półkę ,by zrobić innej miejsce... Oj nie, już nie taka głupia, nie taka naiwna, by nabierać się na te słodkie słowa "misiu, piękna, bąbelku", już nie wykorzysta wspomnień, by rozbudzić uczucia. To wszystko jest przeszłością. Dość mam cofania się, koniec z patrzeniem wstecz. Dziś najważniejsi są dla mnie przyjaciele i Mateusz, który w moim życiu zaczyna być coraz ważniejszy. Czy będzie tym najważniejszym? Czy będzie tym, który zmieni moje życie, by było jeszcze lepsze?
Bardzo możliwe. Na chwile obecną jesteśmy przyjaciółmi, ale wierzę, że kiedyś obudzę się i zrozumiem, że gotowa jestem, by zacząć wszystko od nowa u boku innego chłopaka. U boku szczerego uczucia, które być może z czasem zrodzi się między nami...
"Wybacz, proszę tak jest lepiej Czas już zabrał tamte chwile Nie ma sensu żyć wspomnieniem Tego co za nami w tyle..."
|