Miłość, rozstanie, kłamstwa, trudne decyzje, śmierć
Historia wprost z wenezuelskiej telenoweli, lecz to wszystko stało się naprawdę. Wakacje 2003. Marietta miała 17 lat, po ciężkim roku w szkole postanowiła, że wyjazd do dziadków sprawi, że odpocznie od rzeczywistości, od problemów. Już pierwszego dnia spotkała Alana - kumpla, z którym od małego się wychowywała. Zawsze strasznie jej dokuczał. Nie było to złośliwe. Po prostu był o 3 lata starszy od niej - większy, silniejszy, miał więcej możliwości, dlatego tak to odbierała. Uwielbiała się bić z nim, zawsze przegrywała, ale kiedyś powiedziała mu, że w końcu wygra. Wygra z nim. Jeszcze nie wiedziała, że te słowa nie sprawdzą się w bójce, lecz w życiu.
Dni mijały. Marietta i Alan byli sobie coraz bliżsi... Aż w końcu zostali parą. Byli ze sobą bardzo szczęśliwi. Wszyscy wokół - znajomi, przyjaciele, rodzina powtarzali: „Farciarze. Oni znaleźli szczęście”. Pobyt na wakacjach z dwóch tygodni zmienił się w 2-miesięczny sen. Kochała go całą sobą, nie wyobrażała sobie dnia, w którym będzie musiała wrócić... Bała się, że Alan zapomni. Ale on wciąż powtarzał: „Na zawsze razem. Mimo wszystko. Odległość jest wielka, ale kochamy się, więc to nie ma znaczenia”. Ona wierzyła w jego słowa. Nigdy jej nie zawiódł, więc dlaczego miała wątpić w jego słowa?...
Później jednak zrozumiała, jaki popełniła błąd. Lecz zanim to się stało, zanim też wyjechała, żegnając się z nim oddała mu się. Miała wiele wątpliwości, to było wbrew jej zasadom, lecz czuła, że to jest ten, z którym chce być całe swoje życie. Gdy straciła z nim to, co było dla niej najcenniejsze, nie żałowała. Nigdy nie pożałowała tego mimo wszystko. Gdy wyjechała, umierała z tęsknoty za nim, płakała, myślała. Co robił Alan w tym czasie? Pisał jej na gg, jak kocha, tęskni, a z inną prowadzał się po wsi. Gdy się dowiedziała, zadzwoniła. Pytała dlaczego?... On tylko powiedział „przepraszam”. Na więcej łzy, które ciekły mu po policzkach, nie pozwalały. Prosił o wybaczenie. Ale na to odpowiedział mu tylko głuchy sygnał w telefonie. Rozłączyła się. Nie mogła uwierzyć, że jest taką świnią. Nie wierzyła, jak jej misiu jeszcze kilka dni temu powtarzał, że kocha, a teraz, kiedy ona jest daleko, on jest z inną.
Postanowiła jednak nie płakać, pokazać mu i całemu światu, że jest silna. O dziwo, dla każdego... Rozmawiała z nim na gg i zawsze miała dobry humor. Czy tak było naprawdę? Nie - po prostu potrafiła dobrze grać, udawać, nieszczerze się uśmiechać, a tego i tak nikt nie zauważył. Kto wie, może nikt nie chciał zauważać... Dni mijały, Alan był z Kasią, ona zaś poświęciła się całkowicie nauce, w swoje urodziny 2 października odkryła coś bardzo szokującego. Jest w ciąży... Lekarz dzień później to potwierdził. Tego dnia cały jej świat po raz drugi się zawalił. Ale postanowiła się nie poddawać - tego samego dnia powiedziała rodzicom... - Mamo, tato, ja was przepraszam, jestem nieodpowiedzialna, wiem, że znienawidzicie mnie, ale jestem w ciąży! Rodzice byli w szoku. Ich kochana córeczka, dla taty wciąż mała dziewczynka, za kilka miesięcy będzie matką! Po chwili ciszy, w której było słychać tylko płacz Marietty, ojciec powiedział: - Co na to wszystko Alan? - To nie jego sprawa, nie jego dziecko. Myślałam o tym i proszę was, pomóżcie mi, z waszą pomocą dam sobie radę bez niego i każdego innego. Rodzice nic nie mówiąc przytulili ją. W tej chwili otworzyły im się oczy. Dopiero teraz widzieli, że ona nie zapomniała o nim, że wciąż gdzieśtam ta miłość była, wiedzieli także, że zrobił jej coś okropnego, skoro nie chce go znać. Ale nie pytali o nic, wiedzieli, że kiedyś sama im opowie.
Od tego dnia do czasu porodu nic się nie zmieniło, rodzice dbali o nią, chodzili do kontroli. Ona sama do 7. miesiąca chodziła do szkoły, później miała już nauczanie domowe, bo wszyscy bali się o nią. Czy usłyszała słowa krytyki, że taka młoda i w ciąży? Nie, bo udowodniła, że popełniła wiele błędów, ale jest odpowiedzialna. Dużo się uczyła. Była jedną z lepszych osób w szkole pod względem nauki. 10 maja urodziła córeczkę - Julitę. Tego dnia urodził się także Alan. Dziewczynka była prześliczna. Miała takie długie włoski, wszyscy się nią zachwycali. A Marietta całą swą miłość do Alana przelała na nią. Gdy wróciła do domu, gdy położyła małą w łóżeczku i włączyła gg, pierwsze co zrobiła to wysłała spóźnione życzenia urodzinowe do Alana. Później rozmawiali chyba ze 3 godziny z przerwami. Mówiła, że ma córkę sąsiadów. którą musi pilnować, a tak naprawdę to ciągle robiła coś przy małej, bo ta była jakaś taka niespokojna.
Miesiące mijały. Wakacje także minęły, tym razem ze względu na dziecko nie wyjechała nigdzie. Wszystkich okłamała, że pracuje. Co wieczór jednak zastanawiała się, jak to będzie... Przecież kiedyś wyda się, że ma dziecko, wszyscy na wsi powiążą fakty, a przecież głupotą byłoby nie odwiedzanie dziadków, rodziny. Oni tak samo jak Alan nie mieli pojęcia o dziecku. Rodzice Marietty szanowali jej wolę i milczeli. 25 sierpnia Marietta karmiąc małą powiedziała do niej: „Skarbie, dziś jest rok, jak oddałam się Twojemu tacie”. Tak bardzo bolało ją to. Całą noc później płakała. Julitka także była bardzo niespokojna, dlatego całą noc Marietta miała z głowy. Jednak gdy wakacje się skończyły, nadszedł najcięższy okres. Klasa maturalna... Ale Marietta nie poddawała się, rodzice zajmowali się dzieckiem, w czasie kiedy ona była w szkole, kiedy przygotowywała się do matury. Było ciężko, ponieważ Julita im starsza, tym bardziej grymasiła. Znajomi Marietty strasznie rozpieszczali ją, dlatego mała często płakała, gdy nikt nie zajmował się nią. Rodzice strasznie martwili się o córkę, ponieważ strasznie schudła. Po szkole zajmowała się małą, chciała być dla niej obojgiem rodziców; gdy mała spała, prała jej ubranka, prasowała, mimo, że rodzice oferowali jej swą pomoc przy takich czynnościach. Gdy przychodził wieczór, kąpała ją, usypiała, a wtedy zamiast odpocząć troszkę, ona rozkładała książki i uczyła się. Codziennie spała po 4 godziny.
Ten rok był tak zabiegany dla niej, nie myślała o Alanie. Jedyny moment, kiedy był w jej głowie, to gdy patrzyła na śmiejącą się do niej Julitę. Gdy widziała, jak mała rośnie i coraz bardziej jest podobna do niego, miała łzy w oczach. Julita rzeczywiście była skórą zdartą z taty, jak to się mówi. Im była starsza, tym jej włoski robiły się coraz jaśniejsze (tata blondyn), jej oczka były takie zielone, gdy patrzyła na kogoś, miała taki sam wyraz twarzy jak Alan... Nosek, uśmiech także.
Gdy nadchodził wielki dzień - 10 maj, Marietta postanowiła, że zaprosi rodzinę, dziadków. Oni jadąc z wizytą mieli przekonanie, że Marietta chce im przedstawić narzeczonego. Tak też powiedzieli Alanowi, który pewnego dnia rozmawiał z dziadkiem Marietty. Gdy dowiedział się, załamał się. Nie rozumiał, czemu nie powiedziała mu, że ma kogoś, czemu wciąż kłamała. Było mu źle. Mimo, że z Kasią był już 1,5 roku, dalej kochał Mariettę całym sobą. Ale nie mówił o tym nikomu, i tak wszyscy kiedyś ich wspólni znajomi na wieść, że jest z Kasią, że zostawił Mariettę, odsunęli się. Od tamtego czasu został sam, sam z Kasią. Sam ze swoimi problemami. Nikt nie wiedział, dlaczego tak naprawdę jest z Kasią. Nikt nie wiedział, że Kasia jest śmiertelnie chora, że zostało jej bardzo mało czasu...Ona kochała go strasznie. On na wieść o chorobie postanowił poświęcić się i być z nią w ostatnich miesiącach jej życia. Chciał, by była szczęśliwa. Nie zniósłby myśli, że umarła i nigdy nie poczuła smaku miłości... Smaku szczęścia. Postanowił jej to dać. Udawał, że kocha... Wiedział, że robi źle, ale jej uśmiech dodawał mu sił. Cieszył go fakt, że ona jest szczęśliwa. Wierzył, że w końcu i on kiedyś znajdzie szczęście. Marietta w dzień urodzinek małej strasznie się denerwowała. Bała się reakcji rodziny. Gdy ci przyjechali i zobaczyli małą, byli w szoku. Tylko babcia zapytała: - Czy to... - Tak babciu, to moja córeczka Julita. Zaprosiliśmy was, bo chcieliśmy, byście byli z nami w takim dniu jak ten. Dzisiaj nasze słońce kończy roczek - powiedziała Marietta trzymając małą. Ta zaś była tak pociesznym dzieckiem, tak odważnym, że na sam ich widok śmiała się i wyciągała do nich rączki.
Po uroczystym obiedzie był tort, na którym mała przy pomocy swojego dziadka zdmuchnęła jedną świeczkę. Poźniej, gdy dziadkowie zabawiali ją, padło zdanie: - Zaraz, zaraz, przecież Julita jest jak skóra zdarta z Alana! Czy... Nie dokończył dziadek, bo Marietta przerwała mu: - Tak, dziadku. To jego dziecko. Wtedy w domu nastało oburzenie. Dziadkowie i wujkowie myśleli, że Alan wyrzekł się dziecka, lecz gdy dowiedzieli się prawdy, zaniemówili... i podziwiali Mariettę, że zrobiła tak odważny krok, że tyle przeszła, a mimo to dobrze się trzyma. Z jednym się jednak nie zgadzali. Naciskali, by Marietta powiedziała o dziecku Alanowi, że mimo wszystko powinien wiedzieć. Marietta przyznała im rację, ale nie potrafiła wrócić tam. Wiedziała, że Alan jest szczęśliwy z Kasią, nie czuła się na siłach, by zobaczyć ich razem. Dziadkowie zrozumieli i już nie naciskali.
Dni mijały. Okazało się, że Marietta maturę napisała na same 5. Nikt nie potrafił się nadziwić, jakich to ona niezwykłych rzeczy dokonała. Poradziła sobie ze wszystkim sama. Lecz czy ona cieszyła się, że skończyła z tak dobrymi wynikami?... Nie. Co innego chodziło jej po głowie. Tyle bawiąc się z małą opowiadała jej o Alanie, mówiąc „tata”. Pewnego dnia Julitka w końcu powiedziała to pierwsze słowo. I to wtedy, kiedy Marietta spoglądała na zdjęcie jego... Mała podeszła, złapała małą rączką jej dłoń, spojrzała na nią wielkimi zielonymi oczkami i powiedziała: „tata”. Marietta była w szoku. Popłakała się, nie wiedziała sama, czy to było ze szczęścia, czy może zabolał ją fakt, że w takim momencie ojciec jest potrzebny dziecku, a on nawet nie wie o jej istnieniu...
Dlatego też tego dnia postanowiła, że pojedzie tam. Nie powie mu, że to jego dziecko. Skłamie, że ma kogoś. Ale chce, by dziecko poznało ojca. W końcu ma do tego prawo.
W końcu zapadła także decyzja, że skoro skończyła szkołę, dom dziadków jest już na nią przepisany. Decyzja... wyprowadza się do nich. Dom jest wielki. Ma cudowny ogródek, gdzie mała będzie mogła się bawić. To nie to samo co małe mieszkanie w bloku. Od chwili zapadnięcia tej decyzji remontowano pokoik dla Julity, a Marietta przygotowywała się psychicznie na spotkanie po dwóch latach z tym, którego dalej tak bardzo kochała.
W końcu nadszedł ten dzień. Przyjechała, wyszła z samochodu, rozejrzała się. Wszystko było takie jak dwa lata temu. Przypomniało jej się, jaka to wtedy była niezależna, szczęśliwa, zakochana. Alan nie wiedział, że Marietta przyjeżdża na wieś, że za niedługo spotkają się. Nie wiedział, dlaczego, ale powiedziała mu tylko jedno zdanie: „Wyprowadzam się, nie będę mieć przez jakiś czas Internetu, więc jak coś, to sama się odezwę”. Gdy Alan to przeczytał, pomyślał, że wyprowadziła się do niego, bądź z nim... Zaczynają nowe życie. Marietta nigdy nie potwierdziła mu informacji, że jest z kimś, ale on wciąż pamiętał słowa jej dziadka. Na drugi dzień po jej przyjeździe, gdy Julita bawiła się na podwórku z prababcią, przyszedł Alan w jakiejśtam sprawie. Gdy zobaczył Julitę, podszedł, wziął małą, bo ta wyciągała sama do niego rączki i przywitał się. Nie pytał, czyje to dziecko. Pomyślał, że pewnie ktoś ze znajomych zostawił dziecko pod ich opieką. Po chwili jednak Marietta wyszła z butelką dla małej i to, co zobaczyła, sprawiło, że butelka upadła jej na ziemię. Była w szoku. Alan obejmował swoją córeczkę, a mała była taka szczęśliwa. Śmiała się, gdy ten ją łaskotał. Gdy zobaczył ją, zatkało go, serce biło mu jak szalone. Marietta nie potrafiła powstrzymać łez. Podeszła, powiedziała krótkie „cześć” i zabrała mu dziecko. Wtedy chłopak był zdezorientowany. Gdy ta chciała odejść, złapał ją za rękę i powiedział ze łzami w oczach: - Proszę, powiedz mi, że to nie jest twoje dziecko. Marietta spojrzała mu w oczy. Nie wiedziała, co powiedzieć. Miała okazję powiedzieć mu, że to jego dziecko. Jednak tą ciszę, spoglądanie w oczy i walkę z myślami przerwała Julita mówiąc „tata, tata” i śmiejąc się słodko. Gdy Alan to usłyszał, spojrzał się na małą. Marietta wystraszyła się... czego? Nikt nie wie. Powiedziała: „Chodź, zadzwonimy do tatusia”. Gdy Alan to usłyszał, od razu puścił Mariettę i odszedł bez słowa.
Od tamtego dnia nie rozmawiali ze sobą przez kolejny miesiąc. Widywali się, kiedy ona spacerowała z dzieckiem po lesie a on siedział z Kasią na ławce. Wszyscy znajomi ze wsi pytali, skąd to dziecko. Ale ona odpowiadała, że ma go z kimśtam ze swojego miasta... Chłopak jest w wojsku, dlatego nie ma go z nią, nie widują się. Wielu w to uwierzyło, byli też tacy, którzy zaczęli kojarzyć fakty i to, że Julita jest łudząco podobna do Alana, lecz nie wtrącali się w to.
Kolejny miesiąc nabrał straszliwych obrotów. Choroba Kasi zaczęła nabierać tempa. Wylądowała w szpitalu, z dnia na dzień było coraz gorzej. Alan był przy niej. Wiedział, że to już koniec, ale wciąż był przy niej... Wtedy zapomniał o Mariecie i żałował. Żałował z całego serca, że nie odwzajemnił uczuć Kasi, że nie potrafił. Tak ciężko mówić komuś, kto umiera, że się kocha... Tak ciężko jest kłamać... Ale on nie przestawał tego robić. W tym ostatnim momencie nie mógł. Ludzie dookoła byli wstrząśnięci, że nie wiedzieli, jak ciężko chora jest Kasia. Któregoś dnia Marietta postanowiła ją odwiedzić, w końcu była jej to winna, bo kiedyś przyjaźniły się. Wtedy ta powiedziała jej słowa, w które nie potrafiła uwierzyć.
„Wiesz, Alan nigdy nie przestał cię kochać. Mówił mi, że kocha mnie, ale kłamał. On był ze mną tylko po to, bym była szczęśliwa. Przepraszam, że poświęcił waszą miłość”.
Marieta nie wiedziała, co powiedzieć. Płakała, targało nią wiele uczuć. Gdy do sali wszedł Alan, Kasia powiedziała ostatnie zdanie: „Chcę, byście byli razem, zepsułam waszą miłość, ale wierzę, że da się jeszcze wszystko uratować. Bo wiem, że nie jest za późno”. Alan podszedł do niej. Całował ją w rękę... Prosił, by się nie poddawała, ale ona nie słuchała... Umarła. Nie doczekała się przeszczepu. Na pogrzebie Alan nie odstępował trumny na krok. Kościół był pełny, nie było osoby, która nie uroniłaby choć jednej łzy. Nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak młode 18-letnie osoby odchodzą. Miała przed sobą wszystko... Maturę, studia... Ale Bóg tak chciał.
Od czasu pogrzebu Marietta była przy Alanie. Wspierała go, widziała, jak cierpi. On nie cierpiał z powodu utraty miłości, cierpiał, bo wierzył, że skoro wytrzymała już tyle, to i da radę jeszcze, wierzył, że jest w stanie utrzymać ją przy życiu... Bo w końcu, jak mówiła „żyła dla niego”. Ale odeszła. Bolały go także jej ostatnie słowa. Tak się starał, by wierzyła w jego miłość. Ale najwidoczniej było to za mało. O tym, co powiedziała wtedy w szpitalu, Marietta pamiętała cały czas. Ciągle w podświadomości słyszała te słowa, lecz dopiero 4 miesiące po pogrzebie postanowili o tym porozmawiać. Kiedy wszyscy myśleli, że wszystko zaczyna się układać, że będą znów razem, Marietta powiedziała prawdę o dziecku. Lecz gdy Alan poprosił by za niego wyszła, odmówiła. Kochała go całym sercem, ale nie wierzyła w jego uczucia. Zbyt wiele przeszła, nie wierzyła, że to wszystko teraz jest tak proste, że może być w pełni szczęśliwa. Potrzebowała czasu.
Dni mijały. Alan miał coraz lepszy kontakt z Julitą. Mała mówiła do niego „tato”. Uwielbiała się z nim bawić, a Marietta patrzyła na to wszystko z boku. Patrzyła na nich i wtedy zapisała ostatnie zdanie w pamiętniku:
„Pamiętam słowa, gdy powiedziałam Alanowi, że kiedyś wygram... Nie wygrałam z nim, lecz wygrałam z życiem. Potrafiłam nauczyć się żyć bez niego, urodziłam cudowne dziecko, wychowałam je, skończyłam szkołę. Teraz obok mam faceta mojego życia. Czego więcej chcieć? Nie poddałam się, jestem silna i wiem, że niejedna osoba załamałaby się po drodze kilka razy, lecz nie ja. Dlatego czuję się bohaterem!”.
Po tych słowach zamknęła pamiętnik, podeszła do Alana i powiedziała: „Jestem gotowa, by zacząć wszystko od nowa we trójkę”.
Dziś mała Julita ma dwa lata, a jej rodzice są ze sobą bardzo szczęśliwi. Marietta, mimo, że tyle wycierpiała przez Kasię, tyle razy ją przeklęła, co tydzień chodzi na jej grób, przeprasza ją za te wszystkie słowa i za myśli, jakie chodziły jej po głowie.
To, co tu opisałam, to prawdziwa historia. Marietta to moja kuzynka. Od samego początku byłam przy niej w tych chwilach i patrząc na wszystko z boku, podziwiałam ją za siłę. Pisząc to wszystko opierałam się o jej pamiętnik, który będąc teraz na wakacjach dostałam od niej. Marietta - wiem, że to przeczytasz, dlatego pozdrowienia dla was i buzi dla małej Julitki. Dzięki temu, co przeżyła moja kuzynka, dzięki pamiętnikowi, który od niej dostałam, dowiedziałam się wielu rzeczy o życiu. Może dzięki temu jestem silniejsza i łatwiej przechodzi mi się przez to, co dzieje się w moim życiu. Historia ta dała mi wiarę w to, że jeśli się kocha naprawdę, to w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy miłość znajdzie swe spełnienie. A jeśli coś sypie się i nie ma najmniejszej szansy na ratunek, oznacza to, że jeszcze nie nadszedł czas, by poznać smak prawdziwych uczuć. Choć nie warto tracić nadziei, bo los lubi mieszać i kto wie czy jutro, bądź za tydzień, nie będziecie jednak razem. A dusza Kasi niech spoczywa w pokoju [*][*][*]
|