W zasadzie nie wiem, po co to piszę. Ale mam poczucie, że muszę to komuś opowiedzieć. A więc tak:
Miałam normalną, zwykłą rodzinę. Kochający się rodzice i młodsza siostra. Codziennie ten sam cykl dnia: ja do szkoły, tata zawoził siostrę do przedszkola, no i sam jechał do pracy, mama też do pracy. Po szkole odbierałam siostrę, wracałyśmy do domu. Jadłyśmy obiad, który mama nam rano zostawiała. Potem rodzice do domu, wspólna kolacja. Każdy czymś się zajmował, no i spać.
Ale w pewną majową sobotę rodzice pojechali do hurtowni. Długo nie wracali, próbowałam się do nich dodzwonić, ale mieli telefony wyłączone. W końcu zadzwonił dzwonek do drzwi, myślałam, że to rodzice. Ale okazało się, że nie. To była policja z panią psycholog. Przedstawili się i spytali, czy mogą wejść. Zaprosiłam ich do środka, Julce (mojej młodszej siostrze) kazałam iść do pokoju. Słowa sierżanta nadal mam w głowie:
- Chcielibyśmy przekazać dla pani pewne wiadomości - zaczął niepewnie policjant. - Niestety, są to złe nowiny. Dzisiaj około godziny 20.25 miał miejsce tragiczny wypadek. Pani rodzice zginęli na miejscu - oznajmił mi policjant tak, jakby była to rzecz najnormalniejsza w świecie. - Doszło do zdarzenia czołowego z ciężarówką. Pani rodzice nie mieli szans. Bardzo mi przykro. - Próbował mnie pocieszyć policjant, kontynuując swoją mowę. Ja jednak nie słuchałam dalej. Próbowałam pozbierać myśli i uspokoić się. Pani psycholog patrzyła na mnie współczującym wzrokiem.
W jednej chwieli zawalił mi się cały mój świat. Straciłam bliskich, na których bardzo mi zależało. Raz było lepiej, raz gorzej, lecz zawsze byliśmy razem. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Co teraz ze mną będzie? Z pewnością trafię do domu dziecka i będę tam mieszkać do uzyskania pełnoletniości. Do adopcji chyba się nie nadaję, ponieważ ludzie zwykle biorą niemowlaki. Kto zechciałby wziąć czternastolatkę? Im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej się upewniałam przekonaniu, iż tam trafię, ponieważ nie będzie miał lub chciał kto się mną zająć. Dziadkowie nie żyją. Mama miała tylko siostrę, lecz na nią nie mogłam liczyć, gdyż dawno wyjechała do Ameryki.
- Słyszy mnie pani? - policjant przerwał moje rozmyślania. - Przepraszam, zamyśliłam się. O co chodzi? - Chcielibyśmy, aby pani i siostra udała się z nami na policyjną izbę dziecka, gdzie wyjaśniałaby się Pani i siostry sytuacja. - Oczywiście - powiedziałam, czując jednak, iż zrobię wszystko, aby tam nie trafić.
Wyszliśmy z mieszkania. Korzystając z tego, że sierżanci i pani psycholog byli zajęci rozmową oraz z przypływu odwagi, wyrwałam się im z objęć, wzięłam Julkę na ręce i zaczęłam uciekać. Pani psycholog po chwili zaskoczenia i szoku zaczęła krzyczeć. Policjanci zaczęli mnie gonić, lecz udało mi się ich zgubić. Szukali mnie jeszcze przez jakiś czas, lecz później dali za wygraną i wrócili do radiowozu, którym później odjechali. Nie wiedziałam, co mam robić. Postanowiłam na tę noc wrócić do domu. Teraz oprócz mnie nikt nie miał kluczy. Julkę położyłam spać, nic nie mówiąc o śmierci rodziców. A ja, żeby o tym nie myśleć, wzięłam plecak stelażowy i zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy (karty kredytowe rodziców, pieniądze, kosztowności, dwa śpiwory, koc, namiot, jedzenie, picie, ubrania, itp.). Ale gdy już wszystko spakowałam i nie miałam się czym zająć, zaczęłam myśleć o tym, jak to dalej będzie. Nie mogłam sobie poradzić, na lustrze w łazience zobaczyłam żyletkę. Wzięłam ją i zaczęłam się ciąć. Zapominałam o wszystkim, co się dzisiaj przydarzyło.
O świcie wzięłam siostrę, rzeczy i psy. Szwendałam się po ulicach, nie wiedząc, gdzie się podziać. W końcu trafiłam na centralny. Przez przypadek znalazłam niedokończony w budowie tunel. To tam się schroniłam. Przez tydzień Julka była ze mną. Ale wiedziałam, że nie mogę jej ze sobą trzymać. Napisałam list i dałam go małej. Zaprowadziłam ją pod komisariat, upewniłam się, że się nią dobrze zajmą. No i wróciłam do mojej kryjówki. Po miesiącu skończyło mi się jedzenie, no i pieniądze. Byłam w koszmarnym stanie. Poszłam połazić do SCC, bo i tak nie miałam co robić. Spotkałam tam moją byłą wychowawczynię, nie wiedziałam, co robić, powiedziałam jej wszystko i uciekłam. Po jakimś czasie zaczęły się wakacje i spotkałam kilka osób, które też były na gigancie. Zamieszkali ze mną w mojej kryjówce. Między innymi poznałam Pawła, oboje się w sobie zakochaliśmy. Pod koniec wakacji większość wróciła do domu. Została nas już tylko szóstka. Pawła kochałam bardzo, aż pewnej nocy przejechał go samochód. Straciłam kolejną osobę, którą kochałam. Ale zostawił coś po sobie. Kilka tygodni po jego śmierci okazało się że jestem z nim w ciąży. Pod koniec ciąży policja mnie w końcu złapała, no i powiadomiono ciotkę. Zamieszkałam u siostry męża cioci. Urodziłam dziecko, ale dalej jestem uzależniona od cięcia się i innych takich. Wydaje mi się, że moje życie nie ma sensu.
Może jest ktoś, kto by chciał pogadać? Nich zostawi nr GG w komentarzu :(
Dodaj komentarz
Komentarze
9693922
Trzymaj się!;p
10998616
Jak zechcesz to napisz..
Pisz jeśli chcesz.