Tolerancja, czym ona właściwie jest? Często jest o niej głośno w sprawach homoseksualizmu, jak i różnic ras ludzkich. Jednak, ja na dzień dzisiejszy spotykam się z nietolerancją i brakiem akceptacji do osób niepełnosprawnych. W tym wypadku mowa o osobach głuchoniemych. Moja, jeszcze nie dawno, najlepsza przyjaciółka, która chciała mojego dobra, szczęścia, zawsze cieszyła się moimi radościami, sukcesami, dziś jest mi obca. Dlaczego? Poróżniła nas – jak to określa Ona – „kaleka”. Moja mama, bądź jak wyżej przyjaciółka, niestety nie akceptuje osób niepełnosprawnych. Pytanie: Tylko w czym On jest gorszy? Uczy się w technikum, będzie miał normalny zawód, pracuje i ma praktykę w zakładzie o określonym kierunku szkoły. Ma wiele planów, pasji, przyjaciół, normalny dom, normalne życie. Jedyne co nas dzieli, to słowa… Słowa, których On nigdy nie wypowie; zdania, którego nigdy nie usłyszy nikt z jego ust… Słów, które kierują wszyscy do Niego. Ale po co słowa mówione? Poznając Go coraz bliżej, dowiaduję się jak to jest w Jego świecie.
Wiem, że nie potrzebne mu słowa wypowiadane, przecież oni także rozmawiają tyle, tylko że poprzez gesty rąk, mimikę twarzy… Jednak co z tego? To nie świadczy o tym, że jest inny, gorszy. Myślę tak, jak myślą nasi przyjaciele i ludzie otaczający nas. Zdanie inne ma tylko mama. Jest jej wstyd, że jej córka chce iść drogą z chłopakiem, do którego będzie wymachiwać rękami, by cokolwiek mu powiedzieć. Dla niej to chore… Dla mnie to ona jest chora. Jest mi wstyd za nią, znam ją przecież całe życie, a nie poznaje jej dziś. Coś w nią wstąpiło. Co to za wstyd, że nie potrafi mówić? Jak można zadawać pytanie: „A co ludzie powiedzą?” A kogo obchodzą ludzie? Chyba tylko ją. Szkoda, że nie wie, iż normalny człowiek nie powie złego słowa na Niego. Ktoś normalny nie oceni z góry nie znając, nie skreśli nie widząc nawet na oczy. Ona tak zrobiła… Skreśliła Jego, skreśliła nas. Wszystko przez osobę trzecią. Wszystko przez mojego byłego chłopaka, którego uważała za idealnego dla mnie. Wtedy myślałam, że chce dla mnie dobrze, ale po pewnym czasie zrozumiałam, że nie. Zależało jej na opinii ludzi, zależało na tym, by mówili jak ślicznie razem wyglądamy, jak do siebie pasujemy. To, że nie byliśmy razem szczęśliwi, trudno… Najważniejsze jest zdanie innych. To przykre, bo zrozumiałam, że moje szczęście jest dla niej tak naprawdę nie ważne.
Teraz, po raz kolejny mam tego dowód. Jestem szczęśliwa z Innym. Ale co z tego? „Przecież On jest głuchy, jak się dogadacie?” No tak, jak? Zapomniała, że co dzień uczę się przy nim migowego. Gdyby chciała Go poznać wiedziała by, że są rzeczy, które można pokazać nie znając dobrze tego języka, a już można zrozumieć. Ona nie wie, że jakby co zawsze jakoś można się dogadać… Wystarczy tylko… chcieć. No i właśnie ona nie chce, a ja nie zmuszę jej.
Gdyby tylko wiedziała, że są chwile, kiedy rozumiemy się bez słów. Gdyby tylko wiedziała, że w końcu przy nim znalazłam to, czego pragnęłam zawsze. Pamiętam jej słowa: „Nawet nie wiesz, jakie to szczęście dla matki widząc dziecko szczęśliwe, uśmiechnięte, zadowolone z życia”. Zastanawiam się czy ona sama pomyślała nad sensem tych słów… Dziś jestem szczęśliwa, a Ona po raz kolejny mi to niszczy. Za każdym razem, kiedy ja odnajduję sens życia, robię coś po swojemu, jestem szczęśliwa, ona mi to niszczy, niszczy mnie. Kiedyś zniszczyła moje marzenia, szansę na miłość. Dziś robi to samo. Wtedy zrezygnowałam, dla jej dobra. Martwiąc się o zdrowie. Dziś przepraszam, ale nie zrobię tego po raz kolejny. Tego, co zrobiłam wtedy – nie doceniła, dziś proszę o szansę – mogę o niej tylko marzyć. Ona nie chce nas widzieć razem, nie chce Go z naszym domu… Jak twierdzi – w tej chwili to jej dom. Wychodzi na to, że nie mam nic, że muszę się podporządkowywać, robić tak, jak chce, bo inaczej stracę wszystko, co mam. Skoro tak, to ok. Dziś nie popełnię tego samego błędu, co kiedyś, nie podporządkuje się. Ja nie stracę zbyt wiele, i tak niewiele mam. Ona straci córkę, no chyba, że o to jej chodzi. Dziś marnuje to, co było, te wszystkie lata… Ale to chyba ją nie obchodzi. Ma być tak, jak ona chce i… koniec.
Jakie to smutne, kiedy rodzic chce wychować dziecko, nie wiedząc co to kompromis, akceptacja. Nie jestem taka, jak inni, nie zaakceptuję tego, co ona chce, już nigdy więcej tak nie będzie. Dziś ja stawiam warunki, mój jest jeden – zaakceptuj nas, daj szansę mi. Czy to tak wiele? Czy to aż tak wielkie wyrzeczenie dla niej? Czy fakt, co powiedzą ludzie jest ważniejszy, niż szczęście dziecka? W tym wypadku chyba tak.
|